Kawowe Recenzje #4 – Coffeelab Kenia

Ostatni post dotyczył kraju, który jest mniej zauważalny na naszym rynku (kto nie widział polecam zajrzeć do kawowych recenzji #3). A teraz kawa, którą często można spotkać, jednak pewna grupa jej nienawidzi, a druga kocha. Mowa oczywiście o Kenii. W tym poście po krótce poznamy charakterystykę kawy z Afryki Wschodniej oraz jak ta, od Coffeelabu, sprawdza się w smaku.

Dlaczego ktoś nienawidzi kawy z Kenii?

Oczywiście to był lekki żart z mojej strony (ale nie do końca), bo jest to stereotyp z jakim spotkałam się na początku swojej kawowej przygody. Kenia przez swój „nietypowy posmak” jest różnie odbierana. Jako kawa dla początkującego kawosza, potrafi otworzyć oczy i pokazać, że czarna kawa sama w sobie ma wiele do zaoferowania, więc chociaż raz w życiu trzeba jej spróbować. Na moim pierwszym cuppingu (gdzieś 3/4 lata temu), Kenia zrobiła na mnie ogromne wrażenie i rozkochałam się w tym ziarnie. Z drugiej strony, moja przyjaciółka za nim nie przepada, bo jej ta kawa śmierdzi. 😂

I nadal takie podzielenie wśród kawoszy jest zauważalne. Choć dzięki zmianie rynku, gdzie coraz częściej można spotkać „szalone” obróbki, które zmieniają charakterystykę ziarna o 180° np. smak ziaren z Etiopii, aby można było skojarzyć z Kenią (a to bardzo kontrastowe). Jednak dzisiaj nie o tym.


No dobra, to jak smakuje kawa z Kenii?

Zaczęłam od luźnego wstępu, a jednak warto opisać czym to Kenijske ziarno się charakteryzuje. Plantacje kawowe zajmują tam ponad 160 tysięcy hektarów, przeważnie na wysokości od 1400 do 2000 m n.p.m. Żyzna gleba wulkaniczna, umiarkowana temperatura i okresowe opady, bardzo dobrze wpływają na ich wyjątkowość. Zbiory przypadają dwa razy do roku. Ich smak określany jest jako rześki, lekki i dziki. Najczęściej wymieniane w „bukiecie smakowym” są nuty owoców jagodowych, cytrusów oraz wina. Bardzo jest docenianie ich wyważenie między słodyczą owoców, a kwasowością winną. Z Kenii najczęściej spotkamy kawę w obróbce mytej (mokrej, washed). Dzięki temu głębia i czystość smaku są bardziej wyczuwalne.

Najczęstsze uprawiane odmiany to Blue Mountain, K7, Bourbon, Ruiru 11 czy też SL 28, SL 32, SL 34, które są efektem prac naukowców zatrudnionych przez kenijski rząd w latach ’30. XX wieku., chcąc uzyskać dużą wydajność oraz wysoką jakość ziarna.


A co to za dziwne litery na paczkach?

Bywają paczki Kenii, gdzie na końcu są litery AA, AB. Co to oznacza?

A no jest to sprawka wysokiej polityki kawowej, gdzie ziarna są selekcjonowane. Pozwala wyodrębnić najlepsze ziarna, obrabiane na surowo, przed wysłaniem do importu. Dzięki temu podczas zakupu jako konsument, jesteśmy pewni wysokiej jakości i powtarzalności ziaren. W tym przypadku im większe ziarno, tym więcej aromatów w sobie zawiera. Czasami na paczkach Kenijskich można spotkać symbole tj.:

E – (ang. Elephant), które jest niezwykle rzadkie, powstające, kiedy w jednym owocu, dwa ziarna połączą się w jedno.

AA – jedne z największych ziaren, które mają powyżej 7,20 mm, oznaczone numerami 17-18

AB – mieszanka ziaren A (w rozmiarze 6,80 mm) i B (w rozmawia 6,20 mm)

C – mniejsze od A i B

PB – mutacja ziaren Peaberry (wynik mutacji genetycznej, gdzie w efekcie przeżywa tylko jedno ziarno, które nieco różni się od typowego ziarna)

TT – selekcja ziaren, gdzie jest mniejsza gęstość ziaren AA i AB

T – ziarna połamane i o najmniejszej gęstości

MH i ML – spady owocowe, owoce niedojrzałe w smaku wyraźnie kwaśne

Instytucją w Kenii, która nadzoruje krajową produkcję kawy, angażując się w aktywne badania, rozwój oraz promocję jest Kenyan Coffee Board. Kiedyś również trzymała pieczę nad kenijską giełdą kawową regulując przepływ gotówki pomiędzy sprzedającymi, a kupcami. Obecnie przejęły to trzy niezależne organizacje marketingowe: Kenya Planters ‘Co-operative Union (KPCU), Thika Coffee Mills (TCM) oraz Millers Socfinaf. Są one odpowiedzialne za zebranie płatności od kupców oraz szybki transfer gotówki do producentów po potrąceniu swoich prowizji.


No dobra, to co z tym Coffeelabem?

Przejdźmy teraz do samej kawy. Zakupiłam sobie Coffeelab Kenia Kabare Konyu, która pochodzi z zachodniej części Kirinyaga. Jest w odmianie SL 28, Ruiru 11, SL 34, które zostały stworzone laboratoryjnie na terenie Kenii. Obróbka myta, a kwasowość przez palarnie określona jest jako średnia. Wyczuwalne nuty to jagoda, mandarynka oraz brązowy cukier. Patrząc na opis wyżej, to widać pewne cechy, które są uwidocznione. W tym przypadku nie ma ona kategorii literowej, więc ziarna mogą być w nieregularnych wielkościach. Dodatkowo wspomnę, że kawa została wypalona ponad 3 tygodnie temu. Krótki wstęp, a teraz warto ją zaparzyć i zasmakować.

Do samego testu kawy wykonałam dripa między drobnym, a średnio drobnym mieleniem, ponieważ było to tylko 200ml. Chciałam dostać klarowny napar, wyciągnąć z niego to co najlepsze. Miała czas na odgazowanie, dzięki czemu pozostało to, co powinno.

Jako że woda odgrywa 98% „roboty” do testów wykorzystuje minerały od TWW (Third Wave Water). Są to minerały, które po zmieszaniu z wodą destylowaną lub wodą z odwróconej osmozy, tworzą optymalną wodę do parzenia kawy. Dzięki temu naturalne aromaty ziaren są bardziej wyczuwalne, a minerały są zgodne ze standardami wytyczonymi przez SCA (Speciality Coffee Association).


Napar na początku „uderza” czymś owocowym, konkretniej w stronę leśnych owoców (jeżyny, jagody, może troszkę truskawka). Dość szybko się to zmienia tonując w owoce, jednak tym razem cytrusowe. Tutaj chodzi mi o takie słodkie wersje niżeli „kwaśne” czyli mandarynki, słodka pomarańcza. Body jest dość wysokie, tworząc krągłe walory smakowe. Aftertaste wydaje się lepki w ustach, słodycz skojarzona z brązowym cukrem w połączeniu z syropem klonowym.

Gdy trochę zeszła jej temperatura, to wyczułam „kenijski posmak”. Mowa tutaj o smaku, gdzie prócz słodkich owoców pojawia się skojarzenie „kwaśne” z nutą warzyw. Tak dokładnie – warzyw, a konkretniej to skojarzenia z warzywną zupą lub kapuśniakiem i pomidorami malinowymi. To właśnie takie „dziwne skojarzenia” powodują, że ludzie różnie patrzą na takie kawki.

Jednak pomimo tego kawa w moich wcześniejszych testach była bardziej gorzkawa, przez co nie była dla mnie do końca przyjemna. Stwierdziłam więc, że cold brew sprawdzi się idealnie.

Więc tutaj również zrobię dodatkowy test smaku ciepłego dripa kontra cold brew. Macerowała się przez 8h zmielona dość grubo.


Kawa na zimno kontra na ciepło, jak wyszło?

Cold brew jako macerowana na zimno, ma mniej „smaku”. Duża część się wyrównuje i nic nie wybija, dodatkowo jako zimna jest bardziej orzeźwiająca. Nie jest ona taka intensywna niżeli ciepły drip. Zachował się posmak kenijski, tutaj skojarzenie delikatnego pomidorka (który też jest owocem), a który bardzo lubię. Na końcu języka delikatny cytrusowy posmak, co w przypadku cold brew można doprawić plastrem cytryny lub grejpfruta do podbicia smaku.

Pijąc obok dwie czarki, to ciepły drip nagle zwiększył swoją kwasowość, co było bardzo intrygujące w porównaniu.


Kawa z warzywami, to tak na serio?

Nie każda Kenia, którą można spotkać ma skojarzenia „warzyw”. Bywa to czasami wypisane przez palarnie w nutach, co jednych kusi, a drugich nie. Tak jak wspominałam, poprzez nowoczesne obróbki, wszystko się bardzo dynamicznie zmienia na rynku. Dwa lata temu, głównie słysząc opinie i pijąc, to skojarzenia pomidorów występowało częściej. Rok temu natomiast porzeczki i jeżyny dominowały, zachwycając czymś nowym. Kto nie pił Kenii, choć raz musi spróbować, bo jest to jeden z wyznaczników sensorycznych jako kawa o wysokiej kwasowości. Łatwiej wtedy poznać to, co chcemy znaleźć w naszych filiżankach na co dzień.

Pochwalcie się w komentarzach, co Wy ostatnio piliście z Kenii lub co zamierzacie kupić. 😉

Trzymajcie się kawomaniacy!

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.